Tak ubrany pan nie wejdzie…

Oczywiście, jest niewiele miejsc w Polsce (jeśli w ogóle są), gdzie usłyszycie, że z powodu ubioru nie wejdziecie. Szczerze? Wcale mi się nie podoba taka „tolerancja”.

Odbywając staż w jednej z największych instytucji kultury na Śląsku miałam tę możliwość, żeby popatrzeć na ludzi udających się na koncerty zza bezpiecznej szyby biura. Owszem, uwielbiam te tłumy w foyer czekające na swoją kolej do wejścia na salę, ale… czasem współczuję bileterom. Bo ubiór niektórych nie przystaje kompletnie do miejsca, w którym się znajdują. 

Krótkich spódniczek, ledwo zasłaniających pośladki pań, nie zliczę. Podobnie jak powyciąganych swetrów panów czy adidasów na nogach. I pomimo tego, że widziałam to mnóstwo razy, to za każdym razem myślę sobie „SERIO?”. Jasne, nie każdy ma w szafie smoking i wieczorową suknię (które zresztą nawet na koncercie symfonicznym bywają przesadą), ale… skoro było kogoś stać na zapłacenie niemałej wcale sumy za bilet, to chyba może również ubrać się stosownie do okazji?

Często ludzie tłumaczą taki ubiór tym, że nie każdego na stój wieczorowy stać. I rzeczywiście, jest to prawda, bo to nie są tanie zakupy (podobnie jak zakup biletu, często za kilkaset złotych). Ale zauważyłam, że osoby gorzej sytuowane, potrafią mimo wszystko ubrać się odpowiednio do sytuacji. Nawet, jeśli po sukience czy garsonce widać, że ma już swoje lata, a garnitur noszony przez mężczyznę wyszedł z mody jakiś czas temu, to jednak ich odświętny ubiór o wiele lepiej współgra z salą koncertową niż krótka mini ze znanego sklepu, kupiona za połowę tego, za co inni żyją cały miesiąc…

Każde miejsce ma swoją specyfikę, która wymusza nie tylko zachowanie, ale i ubiór. Można nim okazać szacunek, można też lekceważenie i niezrozumienie. I choć bileterzy nikogo z sali nie wyproszą, to nie oznacza to, że ani oni, ani reszta pracowników nie są świadomi tego, kto właśnie przyszedł, żeby posłuchać koncertu. Warto o tym pamiętać, bo przecież nie idzie się do teatru czy filharmonii dla lansu, prawda?